Wydawnictwo
Kliknij, aby przejść do Wydawnictwa

Cała jesteś w skowronkach i inne piosenki oraz pieśni z muzyką krakowskich kompozytorów

Leszek Aleksander Moczulski

Wydawnictwo: Śródmiejski Ośrodek Kultury, 2013
Stron: 238
Dział:
ISBN/ISSN: 9788362919321

 

Autor: Leszek Aleksander Moczulski

Wydawnictwo: Śródmiejski Ośrodek Kultury, 2013

Dział:

Stron: 238

ISBN/ISSN: 9788362919321

Pierwsza myśl to zdumienie, że Leszek Aleksander Moczulski, poeta uznany, nagradzany, poeta od ponad czterech dekad obecny w krainie masowej wyobraźni, współ­twórca tak wielu piosenek, które niemal natychmiast stały się przebojami, autor, którego frazy – „Cała jesteś w skowronkach”, „Ludzie, zejdźcie z drogi, bo listonosz jedzie…”, „Ludzie listy piszą”… – nabrały waloru słów skrzy­dlatych, zebranych przez prof. prof. Markiewicza i Romanow­skiego, nie doczekał się przez tyle lat choćby małego zbioru swych piosenek. Druga – to pytanie o to, ile takich piosenek stworzył, a pamięć od razu podpowiada tytuły i kojarzonych z nimi wspaniałych wykonawców, fanta­stycznych kompo­zytorów… I tak to osłupienie narasta – nie było zbioru z tymi piosenkami?! I oto JEST! Właśnie ten, który mają Państwo w rękach. Przygo­towany przez poetę.

 

W styczniu tego roku Leszek Aleksander Moczulski odebrał – i to po raz drugi; nieliczni tego doświadczyli – Nagrodę Miasta Krakowa. Pierwsza honorowała jego poemat Exodus, wystawiony w 1974 roku przez Krzysztofa Jasiń­skiego w Teatrze STU. Druga była już ukłonem w stronę twórcy za całość jego dokonań. Teraz, dzięki decyzji prezydenta Krakowa, prof. Jacka Majchrow­skiego, może się cieszyć, a my wraz z nim, dokonanym przez siebie wyborem piosenek.

 

Ile ich stworzył? Odpowiedź nie jest prosta, a może nawet jest niemożliwa. Dwieście, trzysta, czterysta? Wszak zanim pisał je dla Skaldów, którzy w roku 2015 doczekają swego półwiecza, zanim ofiarował swe teksty krakowskim Dżamblom, zanim Markowi Grechucie napisał Korowód, zanim współ­tworzył z Janem Kantym Pawluś­kie­wiczem płytę zespołu Anawa z Andrzejem Zauchą jako solistą, współ­kierował Teatrzykami Piosenki UJ – tym bez nazwy; i późniejszym – Sowizdrzałem. Jeszcze wcześniej, w Między­uczel­nianym Klubie Literackim, zaprzy­jaźnił się z Wincentym Faberem i przyznał mu rację, gdy ten radził, że „Najlepiej pisać wiersze, książki dla dzieci i piosenki”. A była jeszcze wyniesiona z liceum pamięć o Julianie Tuwimie, który tymi właśnie trzema szlakami podążał.

 

Moczulski wędrował tymi szlakami cały czas. Naturalnie raz dominowała poezja, to nastawał czas piosenkowy, to bardziej skupiał się na pisaniu dla najmłodszych, także tych pokrzyw­dzonych przez los… Można by nawet – zesta­wiwszy daty ukazywania się kolejnych tomików (i biorąc poprawkę na działalność niesławnej pamięci cenzury, która tom Narzędzia i instrumenty opóźniła o trzy lata) i zdomi­no­wanych przez tego autora płyt – sinuso­idalnie wykreślić czas pisania wierszy, którym autor wyznaczył byt samodzielny, i ten poświęcany na teksty mające dotrzeć do odbiorcy dopiero zespolone z muzyką.

 

„Nie przeceniam roli tekstu; od lat podkreślam, że musi być dobry, jeszcze lepsza ma być muzyka, a o wszystkim decyduje i tak wykonanie” – mówi skromnie, pamiętając pewnie i o prawach rynku, Leszek Aleksander Moczulski. I znając poetę, wiem, że nie ma w jego opinii krzty kokieterii. Ale wiem też, że piosenka, ten paromi­nutowy drobiazg, co potrafi być szlachetnym bibelotem, a nawet klejnotem, to twór synkre­tyczny, na który składają się wrażliwość i talent autora tekstu, kompo­zytora i inter­pre­tatora. Nierzadko to uroda słów i ich melodia są praprzyczyną… To Marian Hemar w 1934 roku – był już autorem około tysiąca piosenek – zauważył: „W dobrej piosence nie jest bowiem najważ­niejszą rzeczą ani tekst, ani muzyka. O wartości piosenki decyduje zgodność między muzyką a tekstem”.

 

Krakowski poeta miał radość współpracy z najlepszymi. Też z Krakowa. Najpierw – Andrzej Zieliński, twórca harmonii o wyrafi­nowanym pięknie, „Jan Sebastian Bach polskiego rocka”, potem Marek Grechuta, Jan Kanty Pawluś­kiewicz i Jacek Zieliński (młodszy z braci dołączył w 1976 r. Walczykiem dla czeka­jących, przed­sta­wionym w Piwnicy pod Baranami), i Grzegorz Turnau, i Zbigniew Wodecki, i Andrzej Zarycki, znany wszak jeszcze z czasów wspomnianych teatrzyków, jedyny w tym gronie twórca nieśpie­wający, co nie przeszkadza mu być fanta­stycznym nauczy­cielem inter­pretacji… I oczywiście nieod­ża­łowany wokalista Andrzej Zaucha! I śpiewająca aktorka Beata Rybotycka! Tak to mistrzowie lgną do siebie.

 

W niczym nie umniej­szając rangi wierszy Moczul­skiego – jego miejsce w świecie poezji jest niewzruszone – nie można nie dostrzec, że to właśnie twórczość oprawiona muzyką uczyniła poetę sławnym i rozpo­zna­walnym. I nie dotyczy to tylko piosenek. Sprawiły to choćby i frazy jego songów z poematu obrzę­dowego Teatru STU Exodus, które oddawały nastroje z pierwszej połowy lat 70. Słowa z tekstów Mówcie do ściany, Na szarość naszych nocy, Pieśń poranna, Gdzie mieszkasz nocy… wyśpiewane, wykrzyczane mocą niecier­pliwie wyzwalanej prawdy opisywały stan ducha młodej inteli­gencji pełniej i prawdziwiej niż niejeden socjolog. Odsłaniały nadzieje, wyrażały pragnienia. „Wstań Polsko, przebudź się, wstań jak wstaje słońce, obudź się wreszcie z naszych marzeń i westchnień”. W 1992 roku posłu­chaliśmy natomiast Nieszporów ludźmierskich, którymi poeta dziękował Panu za odzyskaną wolność. Efektu tego kolejnego artystycznego spotkania poety z kompo­zytorem Janem Kantym Pawluś­kie­wiczem ponad sto razy słuchała na żywo publiczność nie tylko w Polsce. Później artyści stworzyli wspólnie kolejne formy oratoryjne – Przez tę ziemię przeszedł Pan, Radość miłosierdzia. Nie zapomnieli zarazem, że od piosenek zaczęli, zaskoczyli zatem pełną urody, wręcz przebojową płytą Consensus – z Janem Kantym także jako wokalistą; płytą jakże niewy­pro­mowaną, co paradoksalne, jeśli zważyć, że firmowało ją Polskie Radio.

 

Ponad sto z tych tekstów przywołuje ten tom. Rozpoczyna go, co pewnie PT Czytelnicy odbiorą jako coś oczywistego, opowieść o „Skowronkach”: Był bodaj czerwiec 1968 roku, Krystynka miała wracać z Paryża, gdzie była na stypendium naukowym, zatem jechałem do Warszawy, by ją odebrać z lotniska. Siedząc w wagonie restau­ra­cyjnym przy kawie, pomyślałem, że ona gdzieś tam wysoko nad chmurami, w samolocie… A potem on będzie zniżał lot, jak te skowronki, których chmary zapamiętałem z dzieciństwa, znad Czarnej Hańczy, dokąd zabierał mnie dziadek. To on w czasie wakacji odsłaniał mi świat przyrody, ukazywał jej urodę. Skowronki pozostały jednym z najsil­niejszych przeżyć, fascy­nowały mnie przez całe dzieciństwo, mogłem patrzeć na nie godzinami. I tak zapisywałem na serwetce: „One stoją w powietrzu, /wysoko nad chmurami, /one spadają z nieba, /z wiatrami, z obłokami”. A gdy dopisałem linijki „Śpiewają twoje włosy, śpiewa twoja sukienka i pantofelek”, i słowa „Cała jesteś w skowronkach”, poczułem taką radość, że aż chciałem uściskać jakiegoś nieznanego mi, siedzącego naprzeciwko, młodego człowieka. Chyba się wystraszył, bo odszedł pospiesznie.. .– wspomina Leszek Aleksander Moczulski.

 

Tekst dostał Andrzej Zieliński. Którego dnia zadzwonił do autora: „Przyjedź na Stachowicza, posłuchasz Skowronków… Piosenka o ulicy Stachowicza, gdzie mieszkała rodzina Zielińskich, też jest w tym wyborze. Syn Andrzej dedykował ją: „pamięci Rodziców Zofii i Franciszka Zielińskich”. To w ich mieszkaniu, w 1968 roku, w obecności autora, piosenka została rodzinnie odśpiewana; obu braciom towarzyszył tata Franciszek, wykształcony skrzypek, zarazem pierwszy menedżer zespołu. „Byłem zachwycony” – przywołuje swą reakcję poeta. I dodaje: „Zafascy­nowałem się Andrzejem od pierwszych jego piosenek, tą pierwszą z moim tekstem były Nocne tramwaje, to było jeszcze przed powstaniem zespołu Skaldowie. Oni pojawili się wiosną 1965 roku”.

 

„Któregoś dnia przyszedł do mnie Andrzej. «Ja tobie pomagałem, to teraz kolej na ciebie, założyliśmy zespół, potrzebuję tekstu do muzyki, napisz mi o jarmarku». Podrzucił mi «rybkę», a ja od razu w kawiarni Żaczka napisałem tekst”. Cóż, tzw. rybka, czyli najczęściej absolutnie dowolny tekst, infor­mujący autora o ilości sylab i rozłożeniu muzycznych akcentów, była zwłaszcza wtedy czymś ogromnie pomocnym. Magne­tofony były jeszcze rzadkością.

 

Na początku nie miałem magne­tofonu, ani maszyny do pisania. Pierwszą rzeczą, jaką kupiłem, zapoży­czając się, to był magnetofon Grundig. Pozwolił mi już pisać tekst do muzyki odsłu­chiwanej z taśmy. A potem jeszcze tata ufundował mi maszynę do pisania. Pamiętam ten dzień, miesz­kaliśmy przy alei Pokoju, i ja, z radości, napisałem na tej maszynie niemal od ręki Medytacje wiejskiego listonosza.

 

Andrzej Zieliński miał dar, podkreśla poeta, opowiadania muzyki, i to włącznie z aranżem.

Pisałem nie tyle pod melodię, co pod aranż, a w nim Andrzej był niedo­ścigły. Tak przybliżał mi muzykę do Medytacji wiejskiego listonosza, Dwudziestego szóstego marzenia… Dawał muzykę, „rybkę”, ale i opowiadał, co mu się z daną muzyką kojarzy.

 

Pisał Moczulski teksty głównie do muzyki; wyjątkami, poza Skowronkami, były między innymi: Mateusz IV, inspi­rowany filmem Żywot Mateusza („Byłem nim zachwycony…”), Prawo Izaaka Newtona, Nie widzę ciebie w swych marzeniach…

 

Urzekało mnie u Andrzeja to, że słyszałem w jego muzyce Mozarta, coś wytwornego, delikatnego, a jedno­cześnie cudownie ironicznego, podszytego delikatnym humorem. Muzyka Andrzeja mnie prowadziła, ona miała tekst w sobie, ja musiałem go odtworzyć; tak było na przykład z Od wschodu do zachodu słońca. Raz zdarzyło się, że dostałem muzykę, a tekstu nie napisałem…

 

Jak przyznaje, początkowo głowił się nad znale­zieniem formy poetyckiej adekwatnej do tej muzyki. „Uprawiałem lirykę delikatną, cichutką, a tu – mocne uderzenie” – śmieje się, przywołując ów, zapomniany już, termin, uwieczniony w tytule filmu ze Skaldami w jednej głównych ról.

 

Szybko też zaproszony został Leszek Aleksander przez lidera Skaldów do Radia Kraków, jeszcze przy ulicy Szlak, gdzie zespół rejestrował pierwsze piosenki. „Pamiętam, że wstrzy­mywałem jakieś nagrania, bo w kilku piosenkach popra­wiałem cudze teksty…”.

 

I tak został kierow­nikiem literackim Skaldów. Był nim przy kolejnych płytach – na pewno jeszcze przy Ty, potem jego związki z zespołem stawały się coraz luźniejsze, także jako autora. Na pierwszych pięciu longplayach Skaldów aż 32 piosenki – z 56 — podpisane są przez Moczul­skiego. Na płycie Wszystkim zakochanym, z 1972 roku, są już tylko trzy jego piosenki, podobnie na późniejszej o cztery lata, pt. Szanujmy wspomnienia.

 

Brakuje go natomiast na albumie Krywań, Krywań, rockowej suicie nagranej w 1972 roku. Acz od tematyki góralskiej, poeta, choć z Suwałk rodem, nie stronił. To on napisał teksty dwóch przebojów Uciekaj uciekaj i Na wirycku.

 

Stopniowe rozcho­dzenie się dróg Skaldów i ich poety było z jednej strony wynikiem rozmaitych dyskusji artystycznych, z drugiej – współpracy Moczul­skiego z innymi wykonawcami krakowskimi – Dżamblami i Anawą. Na kultowej, i jedynej, płycie pierwszego z zespołów, nagranej w 1969 roku, są cztery piosenki Moczul­skiego, w tym tytułowa – Wołanie o słońce nad światem.

 

W tym czasie poprzez Jana Kantego Pawluś­kiewicza Leszek Aleksander trafia w krąg grupy Anawa. Powstała pierwsza wersja Korowodu, z muzyką Pawluś­kiewicza właśnie. Ale dopiero kolejna, stworzona przez Marka Grechutę, rozsławiła ów tekst. „Marek przyjechał do mnie z nagraniem, puściłem na moim grundigu… Ja w ogóle się kochałem w piosenkach Marka Grechuty, bardzo mi się podobała Będziesz moją panią. I fascy­nowałem się muzyką Jana Kantego”.

 

Nie zaprzestał też Moczulski współpracy z Pawluś­kie­wiczem, gdy ten, rozstawszy się z Grechutą, nagrał firmowaną przez zespół Anawa płytę z Andrzejem Zauchą jako solistą. Wiele z powstałych wówczas piosenek żyje do dziś, powróciły w wykonaniach Beaty Rybotyckiej, Grzegorza Turnaua.

 

Co decyduje, że konkretny tekst dawał Leszek Aleksander Moczulski temu, a nie innemu kompo­zy­torowi?

 

Teraz, post factum, mogę to uporządkować, wtedy działo się to intuicyjne, to była kwestia empatii, wejść w czyjś świat tak, by nasze drogi się przecięły. Tę zasadę stosuję do dzisiaj, to musi być spotkanie dusz… – wyjaśnia autor tego zbioru. – Trzeba trochę kaw wypić wspólnie, by zawiązała się artystyczna przyjaźń. Bez tego nie ma współpracy…

 

W 1968 roku tłumaczył: „Usiłuję spojrzeć na piosenkę z pozycji (…) literata. (…) Piosenka ma jak gdyby własną poetykę. Jej tekst ma być poetycki, a jedno­cześnie musi być przecież komuni­katywny, musi «przylegać» do nastroju melodii”.

 

I tak dochodzimy do dociekań o granice między poezją a tekstem piosenki. Co rozstrzyga, że jakiś tekst jest już wierszem?

 

„Z czasem coraz mniej mam jasności w tej sprawie” – mówił mi w 2007 roku poeta. Teraz, sześć lat później, dodaje: „Wiersz i piosenka to dla mnie dwa ogrody wspólnie pielę­gnowane. Nieraz są osobne, ale też, może z biegiem lat, przenikają się”.

 

Fakt, nieraz przekornie wysyłał pismom literackim teksty piosenek jako wiersze, po czym widział je wydru­kowane. W tomie 70 widoków w drodze do Wenecji, z roku 1991, umieścił i Cała jesteś w skowronkach, i Korowód. Była to już wszak klasyka. Do innej antologii wybrano z kolei Na szarość naszych nocy.

 

Leszek Aleksander Moczulski wciąż pisze piosenki. Ukazały się na płycie Skaldów, tym razem z muzyką Jacka Zieliń­skiego – Oddychać i kochać, do innych muzykę skomponował Andrzej Zarycki.

 

Wiele wierszo­wanych tekstów nie ma wciąż muzyki. Trzydzieści z nich, z ostatniego okresu, zamyka ten wybór. Kompo­zytorom dają okazję, by je dopełnili, by – gdy sięgną po nie wykonawcy – stanowiły dzieła kompletne.

 

Może odnajdą w nich szansę dla siebie młodsi. Wszak ich autor, dziś 75-letni, co to niegdyś był „bigbi­towcem”, już doświadczył spotkań z młodszymi, choćby Brathankami, którzy sięgnęli po przeboje Skaldów.

 

Uniwersalny charakter twórczości Leszka Aleksandra Moczul­skiego oddaje również piosenka Ta wędrówka nasza, wykonywana obecnie w finale Wyzwolenia Wyspiań­skiego, zreali­zo­wanego w Teatrze STU przez Krzysztofa Jasiń­skiego. I tak poeta powraca do STU kolejny raz – bo był jeszcze Ikar, wpleciony w musical Szalona lokomotywa. I raz jeszcze przekonuje, jak inten­sywnie potrafi być obecny w naszym życiu – to przema­wiając z kart poetyckich tomów, to ze sceny (sam w początkach lat 70. uprawiał z lubością Teatr Jednego Autora, jak nazwał te spotkania z publicz­nością Tadeusz Nyczek), to z płyty czy estrady; to niezmiennie nośna forma przekazu liryki.

 

A teraz będzie okazja, by z tymi tekstami, pozba­wionymi nut, obcować intymnie. Podczas lektury. I wtedy być może, na swój osobisty użytek, nie bacząc na poloni­styczne definicje i dysputy, odnaj­dziemy w tych piosenkach najczystszą lirykę. I przekonamy się, że te „dwa ogrody wspólnie pielę­gnowane” nierzadko się przenikają.

 

Wiele z publi­ko­wanych w tym wyborze piosenek – wyraźmy raz jeszcze zdziwienie, że pierwszym – zacho­waliśmy w sercu już dawno. Teraz możemy się w nie wmyślić, zatrzymać nad wybranymi fragmentami. Możemy – na co pozwala niemal chrono­lo­giczny układ piosenek – zobaczyć, jak niektóre motywy powracają, jak ewoluują.

 

Jest w tych piosenkach – wszak rozpiętych pomiędzy pięcioma bez mała dekadami – niezmienna pogoda ducha, radość, wiara w słowa najpierwsze i najprostsze, jak „chleb, woda i sól”, o czym śpiewali aktorzy w Exodusie, jak miłość, o której Moczulski pisze wciąż z młodzieńczym zachwytem, z wiarą w jej wszech­potężną moc. „Bo miłość, bo miłość to wytrwać” – zauważa w jednej z nowych piosenek. Sam zaznał piękna wytrwania, zatem wierzmy poecie, co już dawno napominał: „Nie leczcie się z serca, nie leczcie się z głosu…”.

 

Ten zbiór pomoże nam w tym na pewno.